Sri Lanka z dziećmi - TOP 10 atrakcji, nasz subiektywny ranking (maj 2016)

13:18 dominika 0 Komentarze


Naszą szczegółową trasę poznacie już wkrótce, a teraz nasz subiektywny majowy ranking atrakcji Cejlonu:



1. Udawalawe National Park

Park można zwiedzać po południu lub wczesnym rankiem, ale jeśli tak jak my zwiedzacie poza sezonem, lepiej wybrać się rano.

O 6.00 wskakujemy do czekającego na nas jeepa i z wiatrem we włosach ruszamy tropić dzikie zwierzęta zamieszkujące park. Oczywiście najbardziej czekamy na słonie, w końcu mieszka ich tu ponad 300! Marysia uzbrojona w lornetkę nie wie, że słonie zobaczymy na wyciągnięcie ręki :) Zaraz po wjeździe widzimy zgrupowanie jeepów przy jednym dorodnym osobniku, ale nasz kierowca pędzi dalej. 10 min jazdy i są! Zaskakujemy je przy porannych ablucjach, ale chyba im nie przeszkadzamy. Światło jest wyjątkowo korzystne, a zdjęcia wychodzą pięknie. Kierowca gasi silnik auta, żebyśmy mogli w spokoju poobserwować te dumne zwierzęta. Nagle rozlega się dziwny dźwięk, coś jakby skrzyżowanie miauczenia wściekłego kota z wrzaskiem głodnego noworodka. Rozglądamy się i widzimy pawia nawołującego z czubka drzewa, katem oka widzimy ruch w wodzie i coś, co wydawało nam się kłodą drewna okazuje się krokodylem :)

Jedziemy dalej, widzimy mnóstwo gatunków nieznanych nam ptaków: orłów, sokołów, zielonych papużek, aż dojeżdżamy do innego jeepa, który zatrzymał się z niewiadomego powodu. Już chcemy go wyprzedzić, kiedy zauważamy obiekt ich zainteresowania: dzikiego kota z młodymi - widok niezapomniany!

Po chwili ruszamy dalej, mijamy drzewa obsadzone przez małpy, wygrzewające się na słońcu iguany i płochliwe, kryjące się w krzakach jelenie. Spod kół ucieka nam też mangusta. Kierowca mówi, że chce nam pokazać lamparta - niestety nie mamy szczęścia. Podobno w porze suchej łatwo go spotkać przy zbiornikach wodnych, ale w porze deszczowej kryje się w większej gęstwinie i nie zawsze udaje się go zauważyć...

Powoli ruszamy w drogę powrotną, znowu mijamy grupki słoni, tym razem z młodymi, a także malowniczo zanurzone w jeziorku stado bawołów. Upał narasta, w sumie trochę im zazdrościmy :)
Wracamy do hotelu na śniadanie - to był niesamowicie intensywny początek dnia!










2. Wspinaczka na Pidurangala - Sigirija

"Kupcie bilety wstępu, mińcie świątynię, a po prawej stronie zobaczycie schody, które zaprowadzą Was na górę" poradził nasz kierowca, po czym wrócił pilnować samochodu (ostatnim razem jak tu był, małpy uszkodziły mu lusterko w aucie)... "Acha" rzucił już na odchodnym "na samej górze pilnujcie dzieci, bo jest trochę stromo!" Ok, stromo mówisz - spoko, nie takie stromo widzieliśmy :)

Po drodze jest fajnie: sympatyczne schody, malownicze głazy, ruiny świątyni, leżący Budda, aż dochodzimy do sterty głazów i strzałki na nie wskazującej. OK, miało być stromo, to faktycznie jest... Z duszą na ramieniu, asekurując dzieci, pełzniemy w górę, na szczęście fragment jest krótki i szybko jesteśmy na półce widokowej. 

Rozciągająca się przed nami panorama i widok na Lwią Skałę jest faktycznie oszałamiający, w obiektywie aparatu widzimy pielgrzymujący na górę tłumek i cieszymy się, że wybraliśmy Pidurangala. Oprócz nas jest tylko młody Japończyk z przewodnikiem i para z Australii. Skaczemy do fotek, kręcimy filmy, a dzieci już cieszą się na emocjonujące zejście z powrotem po skalnej ścieżce.




3. Pływanie na desce body board - Mirissa

Tutaj nie ma co pisać, amatorów fal nie muszę przekonywać, że to super zabawa :) Jeśli usiądziecie w jednym z plażowych barków i zamówicie coś, macie do dyspozycji leżaki i deski do pływania, extra!



4. Nine Arch Bridge i Little Adam's Peak - Ella

Oba miejsca wymieniam razem, bo są po prostu bardzo blisko siebie. 

"Dajcie zarobić chłopakowi z wioski i pójdźcie z nim zobaczyć pociąg, przejeżdżający przez Ellę o 9,15" zaproponował nasz kierowca. I rzeczywiście, sympatyczny, aczkolwiek nie bardzo mówiący po angielsku młodzieniec, prowadzi nas przez wioskę, swój dom, przedstawia swojego ojca i wskazuje świetne miejsce obserwacyjne do robienia zdjęć pociągu i cały czas upewnia się, czy jest "good" :) Pewnie, że jest "good" : most jest niesamowity, wspaniała budowla w środku dżungli wygląda jak nie z tej bajki...






Nie możemy się nacieszyć tym widokiem, ale trzeba się zbierać, żeby jeszcze przed nadejściem najgorszego upału odwiedzić Little Adam's Peak. 

Tutaj schody prowadzą od samego dołu do góry, nie ma żadnych niespodzianek. Mijamy nawet polską rodzinę z maluszkiem w nosidełku :) Na górze wieje przyjemny wietrzyk, zdecydowanie więcej osób niż na Pidurangala, ale widok też niezły. W oddali widać wodospad Rawana, tuż obok majestatyczną Ella Rock, całą okolicę widać jak na dłoni. Musi być tam pięknie o zachodzie słońca!



5. Pokaz tańców i wieczorna ceremonia w Świątyni Zęba w Kandy 


O mały włos, a tańce by nas ominęły. Korek po wypadku 2 autobusów po drodze skutecznie nas opóźnia i na pokaz trafiamy w połowie pierwszego tańca. Piękne tancerki i fikuśnie ubrani tancerze wirują w rytm żywiołowej muzyki, pobrzękując bransoletami na nogach. Tańców jest kilka, jeden nawet z wirującymi talerzami, akrobatyczne umiejętności członków grupy tanecznej robią rzeczywiście duże wrażenie. Pokaz zamyka chodzenie po rozżarzonych węglach, aczkolwiek zaczyna padać deszcz, więc chyba trwa krócej niż zwykle.



Skacząc po kałużach, idziemy do najświętszego miejsca na Sri Lance, Świątyni Zęba, na wieczorną ceremonię otwarcia drzwi do komnaty z relikwią - zębem Buddy. Zostawiamy buty w przechowalni i drepczemy po mokrych kamieniach w nieprzerwanym strumieniu wiernych i zwiedzających. Wita nas oszałamiający dym z kadzideł i hipnotyczny dźwięk bębnów. Wchodzimy na górę, gdzie choć przez chwilę można obejrzeć bogato zdobione złote cudeńko, w którym kryje się największa relikwia buddyjska na wyspie. Przed komnatą wierni składają kwiaty, których zapach miesza się z kadzidełkami i współtworzy niepowtarzalny mistyczny charakter tego miejsca. Wychodzimy odurzeni zapachami i dźwiękiem bębnów...


6. Spacer po polach herbacianych i wizyta w fabryce herbaty - okolice Nuwara Eliya


Droga do Nuwara Eliya jest kręta, ale niezwykle malownicza. Próbuję kręcić przez okno, ale oczywiście efekt nie jest zadowalający... Zanim co poniektórzy z nas zdążą dostać ataku choroby lokomocyjnej, spowodowanego nagłą zmianą wysokości i zakrętami, zatrzymujemy się na szczęście przy jednej z fabryk herbaty: Blue Field. Ubrana w prześliczny strój młodziutka Lankijka prowadzi do wielkiej hali wypełnionej suszącymi się aromatycznymi liśćmi. Sam zapach powoduje u nas gwałtowny napływ śliny, nagle wszystkim chce się pić :) Po zwiedzaniu idziemy do kafejki na degustację i oczywiście zakupy: wybieramy głównie BOP, czyli Broken Orange Pekoe. Opis wszystkich rodzajów znajdziecie np. TUTAJ




Zaraz za Nuwara Eliya skręcamy w boczną dróżkę i idziemy przejść się wśród krzaczków herbaty. Z daleka widzimy zbieraczy herbaty, jednych z niebieskimi, innych z czerwonymi koszami. Od razu widać kto dla kogo pracuje :) Coś jak firmowe koszulki... Zbierają tylko 3 najmłodsze listki z czubka i metodycznie posuwają się dalej, wrócą do tych krzaczków, kiedy listki odrosną...




7. Centrum pomocy żółwiom - Kosgoda


Sri Lanka otrzymała wiele pomocy od zagranicznych wolontariuszy po 2004 roku, kiedy to wybrzeże wyspy zdewastowała śmiercionośna fala tsunami. To oni ufundowali też centra pomocy żółwiom, których populacja po tej tragedii drastycznie zmalała.

Zaczynamy zwiedzanie od obejrzenia jaj, które przynoszone są tu z plaży. Podobno centrum płaci po 15 EUR za każde 100 jaj przyniesionych tutaj przez rybaków, Dotykamy kilka tych, z których nic nie wykluło - są jak miękkie piłeczki pingpongowe. Przechodzimy do basenu z żółwimi noworodkami, po wykluciu trzymane są tu 3 dni, a następnie wypuszczane do oceanu. Jeju, jakie one są słodkie! Jest coś w malutkich zwierzakach, że niezależnie od gatunku wzbudzają od razu uczucia opiekuńcze, ech, ta matka natura :) Przechodzimy do starszych osobników, te też są piękne, ale palca bym im raczej nie podstawiała. W ośrodku trzymane są same samice i jeden samiec, a także żółwie, które zostały pokaleczone przez sieci i albinos, który na wolności szybko by zginął... Na basenach widnieją nazwiska fundatorów, którzy wspomagają finansowo centrum.





8. Karmienie żółwi, ganianie krabów i zbieranie muszli na plaży w Hikkaduwa


"Wstańcie przed 7 i idźcie za cypel, a na pewno zobaczycie wielkie żółwie na plaży" poradził nasz niezastąpiony kierowca. Grzecznie więc zwlekliśmy się raniutko i popędziliśmy, uzbrojeni w aparaty i gotowi na spotkanie. Kraby uciekały nam spod nóg, kolorowe muszelki spowolniały znacząco nasz krok, ale w końcu dotarliśmy i..... nic! Gdzie te żółwie? 

Biegnie ku nam miejscowy, widząc, że zrezygnowani chcemy ruszać dalej i gestami pokazuje coś kołyszące się na falach w niewielkiej odległości od brzegu. Jest!!! I podpływa coraz bliżej!!! To ogromny żółw!!! Miejscowy daje nam kawałki wodorostów i pokazuje jak przywabić go bliżej, żółw ze smakiem pożera wodorosty a potem majestatycznie odpływa, jakby ogromne fale w ogóle nie robiły na nim wrażenia... Za to my przeżywamy to spotkanie jeszcze długo :) Jeszcze tylko pomagamy rybakom wciągnąć na brzeg łódkę i wracamy do hotelu na zasłużone śniadanie.


video






9. Kolacja z owoców morza na plaży w Mirissa


Kiedy wreszcie docieramy nad ocean, zmęczeni trochę upałem w Udawalawe i obezwładniającą wilgotnością powietrza Sinharaja, marzymy tylko o zanurzeniu stóp w wodzie i zimnym piwie w plażowej knajpce. To znaczy oczywiście dorosła część naszej wycieczki, bo ta najmłodsza wskakuje w fale, by w promieniach zachodzącego słońca pobawić się w falach. Kiedy zapada noc, dzieciaki przenoszą się na brzeg, żeby budować zmywane ciągle przez wodę budowle z piasku. Na stół wjeżdżają owoce morza, obsługa zapala klimatyczne latarenki, szklanki pokrywają się rosą od zimnych napoi, dzieci szczęśliwe bawią się u naszych stóp - istna sielanka w wydaniu lankijskim :)




10. Tradycyjna wioska w Sigiriya


Takie wioski są w każdej części świata i pewnie wszędzie wyglądają podobnie, ale mimo wszystko polecamy tę wycieczkę, szczególnie jeśli chodzi o dzieci :) 

Wsiadamy do powozu zaprzężonego w bawoła, trzęsie jak cholera, w sumie chyba lepiej byłoby iść pieszo, ale jakoś głupio to zaproponować... Nareszcie zatrzymujemy się - ufff. Teraz czas na tratwę, tutaj będzie na pewno przyjemnie. Nasz przewodnik wskazuje nam wodne ptaki, mijamy kępy lotosu i jest bosko. Nagle zaczyna się część artystyczna - nasz przewoźnik wyprawia cuda z lotosem! Z liści robi czapeczki, z kwiatów naszyjniki, stara się jak może :) Dopływamy na miejsce, dziękujemy mu odpowiednio w myśl przysłowia o Fenicjanach i ich wynalazkach i zmierzamy w kierunku tradycyjnej chatki. 

Tam wita nas urocza starsza pani i jej córka i rozpoczyna się pokaz tradycyjnej kuchni lankijskiej. Możemy też pomagać: łuskamy ryż w ogromnym moździerzu, mielimy mąkę, pomagamy wydłubać miąższ z kokosa... Pani przygotowuje w 5 minut aromatyczny sambal z kokosa z chili, cebulą i pomidorem, piecze na ogniu placki i po chwili na naszych talerzach ląduje kolorowy posiłek, który popijamy ziołową herbatą z łupin kokosa. Dzieci chłoną wszystko z otwartymi buziami, i choć sambal z chili im nie smakuje, wspominają tę wizytę do dziś :)






Chronologiczny wpis część 1 znajdziecie tutaj  :)

0 komentarze:

Masz pytanie? Napisz!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *