Borneo - dżungla, małpy i walki kogutów

05:42 dominika 0 Komentarze



Jak jedna mała bezpłatna zmiana daty lotu potrafi tyle zmienić :)

O tanich lotach z Kuala Lumpur na Borneo dowiedzieliśmy się od wykładowcy w collegu. Postanowiliśmy wykorzystać jedną bezpłatną zmianę daty powrotu z Australii do domu i w ten sposób, zamiast krótkiego międzylądowania w Kuala Lumpur, zyskaliśmy możliwość prawie miesięcznych wakacji na tej niesamowitej wyspie.
Oto nasza trasa:
Kuala Lumpur - Kuching - Semenggoh Rehabilitation Center - Kubah National Park - Bako National Park - Kuching - Sibu - Kapit - Sibu - Miri - Kota Kinabalu - Tunku Abdul Rahman National Park - Sandakan - Seppilok Rehabilitation Center - Kota Kinabalu - Kuala Lumpur

Całą trasę przebyliśmy jeżdżąc lokalnymi autobusami, z małymi wyjątkami: łodzią z Bako do Bako National Park i z Sibu do Kapit oraz samolotem z Miri do Kota Kinabalu (Sułtanat Brunei blokował nam drogę lądową).

Miasto kotów i pierwsze spotkanie z dżunglą

Po wyjściu z lotniska w Kuching, naszą pierwszą myślą było: Boże, tu się nie da oddychać - umrzemy! Rzeczywiście wilgotność powietrza jest tak duża, że w pierwszej chwili trudno się przyzwyczaić. Trudno też się przyzwyczaić do tego, że menu we wszystkich barkach jest wyłącznie po malezyjsku i w zasadzie nie wiemy co jemy :) Moją ulubioną historią kulinarną jest sytuacja, w której kompletnie nic nie rozumiemy z menu śniadaniowego, więc wybieramy pozycję na tzw. chybił-trafił. Jakież wielkie jest nasze zdziwienie, gdy na stół przed nami wjeżdża miska lekko słodkiego ryżu z górą malutkich rybek z oczkami :)

Dobra rada: jeśli przerażony napisami w obcym języku, przyjdzie Ci na myśl, żeby pójść do McDonalda lub Pizzy Hut, nie rób tego! Potraktuj niespodzianki na talerzu jako część wspaniałej przygody, nie dość, że poznasz lokalne przysmaki, to jeszcze sporo zaoszczędzisz (amerykańskie sieci są duuużo droższe!). Nie bój się też o problemy żołądkowe - Azjaci ogólnie mają hopla na punkcie świeżości produktów spożywczych, wszystko będzie przygotowane tuż przed podaniem.

W pobliżu Kuching odwiedziliśmy Semeggoh Wildlife Rehabilitation Centre  i Kubah National Park, w którym zachwycił nas piękny wodospad i prowadzący do niego trek przez dżunglę.

Dobra rada: jeśli poślizgniesz się na szlaku, nie przytrzymuj się drzewa. Jak tak zrobiłam i tydzień mini kolce z palców wydłubywałam. Raz też strzepnęłam gąsienicę, która mi wylądowała na bluzce - skóra z ręki schodziła mi ze trzy tygodnie. W dżungli nigdy nic nie wiadomo...


Małpy, mangry i skaczące rybki 

Do Bako National Park dostaliśmy się łodzią z miejscowości Bako. Tym razem wynajęliśmy drewniany domek, pan w recepcji przypomniał nam, żebyśmy pamiętali o zamykaniu okien i drzwi, bo ośrodek nie odpowiada za kradzieże dokonane przez małpy :) W parku spędziliśmy dwa dni, miejsce to słynie zarówno z rzadkich gatunków zwierząt (małpa z gatunku proboscis, brodata świnia), jak i wyjątkowo malowniczych lasów mangrowych. Nas urzekły też poskoczki mułowe.







Longhouse: pieczone węże i walki kogutów

Naszym następnym przystankiem było Sibu, skąd wyruszyliśmy łodzią w górę rzeki Batang Rajang do Kapit. Tam spotkaliśmy sympatycznego młodzieńca, który zbierał 6 osobową grupę na trzydniowy pobyt w swoim rodzinnym domu (oczywiście odpłatnie). Było to przeżycie wyjątkowe w swoim rodzaju!

Trafiliśmy do tzw. longhouse`u, czyli długiego drewnianego domu na palach. Zbudowany był w taki sposób, że cała przednia część stanowiła długą wspólną werandę, a tył podzielony był na małe pomieszczenia zajmowane przez poszczególne rodziny. Dom umiejscowiony był niedaleko rzeki, w której tubylcy kąpią się, piorą, zmywają naczynia, poją zwierzęta, i oczywiście skąd czerpią wodę.





Na naszą część pierwszego wieczoru urządzono uroczystą kolację, na której zaserwowano tradycyjnie pieczony w bambusie ryż, węża, jeżozwierza, żaby i inne pyszności :)

Miejscowi pokazali nam też z dumą swoją ostatnią zdobycz z polowania :( Biedny maluch...



Uczestniczyliśmy też w walce kogutów, jednej z ulubionych rozrywek tamtejszych mieszkańców, przy okazji udało nam się zrobić zdjęcie ich imponujących tatuaży...


Z Sarawak do Sabah

Nasz pobyt w stanie Sarawak kończyło miasto Miri, z którego samolotem przelecieliśmy do Kota Kinabalu, stolicy stanu Sabah. Byliśmy do tego zmuszeni, gdyż na drodze lądowej stał nam Sułtanat Brunei.

Tutaj zrelaksowaliśmy się na jednej z pobliskich wysepek o wdzięcznej nazwie Manukan. To tutaj Bartek postanowił nakarmić małe rybki chipsikami, i uciekał z wody w popłochu, kiedy rybki po zeżarciu chrupek zabrały się za jego włoski na nogach :) W jego obronie dodam, że były to czasy, kiedy o fish spa nikt jeszcze nie słyszał...

Naszą kolejną wyprawą była wizyta w Tunku Abdul Rahman National Park, gdzie rośnie największy kwiat świata Rafflesia. W zasadzie kwiatem ciężko tę pasożytniczą roślinę nazwać, to raczej śmierdzący zgniłym mięsem grzyb...



Na pomoc orangutanom

Naszym następnym przystankiem było drugie do do wielkości miasto na Sabah, czyli Sandakan oraz  Seppilok Rehabilitation Centre, czyli centrum pomocy orangutanom.


Z Kota Kinabalu wróciliśmy do Kuala Lumpur, przeżywając oczywiście szok powrotu do gwaru ogromnego miasta. Piękno dzikiej przyrody, niezwykła gościnność mieszkańców Borneo, wszystkie smaki i zapachy malezyjskiej kuchni zostaną z nami na długo!


0 komentarze:

Masz pytanie? Napisz!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *