Kalifornia i spółka zimą, wiosna w Dolinie Śmierci i śnieg w Wielkim Kanionie, USA (styczeń 2017)

13:28 dominika 0 Komentarze



Czasem jest tak, że nawet najbardziej dopracowany plan popsuje pogoda. Zwłaszcza, jak podróżuje się poza sezonem. To cena za tańszy bilet i mniejsze tłumy współturystów.
Nam plany pokrzyżował 3-dniowy zmienny front pogodowy, który w Las Vegas objawił się deszczem, a w Wielkim Kanionie okazał się mega burzą śnieżną. Po pierwszej próbie zaliczenia wschodu słońca, który wyglądał tak:



Zweryfikowaliśmy nasze plany i zawinęliśmy się z powrotem do Las Vegas. Po drodze mijaliśmy niezliczoną ilość aut w rowach, omijaliśmy wielkie dziury na autostradzie i zaliczyliśmy kamyk, który zrobił na dziurę w przedniej szybie, także sami rozumiecie - bez atrakcji się nie obyło! Gratulowaliśmy sobie w duchu decyzji o upgradzie auta na taki z napędem na 4 koła i pełnym ubezpieczeniem, bez tego byłoby naprawdę słabo...

Po przegraniu 20$ w Vegas i regeneracji w komfortowych warunkach :) następnego dnia raniutko ruszyliśmy w stronę Death Valley.











Spędziliśmy tam cudowne, słoneczne pół dnia, które po ciężkich warunkach pogodowych Arizony były balsamem na nasze zmarznięte dusze :)

Zdążyliśmy w tym czasie zaliczyć Zabriskie Point (zdecydowany hit i miejsce marzeń każdego fotografa). Jadąc od Las Vegas to chyba najbliższy punkt widokowy, tzw. must see.








Naszym następnym punktem na liście był Badwater Basin, czyli depresja, w której zbiera się cała woda z doliny i gdzie występuje charakterystyczny solny nalot.







Wracając w stronę Vegas zahaczyliśmy jeszcze o Golden Canyon, natomiast droga na Dante Point była niestety zamknięta po ulewnych deszczach. W zasadzie, to nawet nie żałowaliśmy, i tak na 100% tu wrócimy i spełnimy nasze marzenie, czyli nocleg w namiocie pod deszczem meteorytów z dala od świateł cywilizacji :)

Styczeń i luty to wbrew pozorom dobry czas na zwiedzanie Doliny nie tylko ze względu na niższe temperatury, w 2016 roku w lutym zakwitły tu kwiaty i podobno wyglądało to nieziemsko, natomiast jeśli trafi się tu tuż po ulewnych deszczach to trzeba się liczyć z tym, że część szlaków może być zamknięta.





Po opuszczeniu księżycowego krajobrazu skierowaliśmy się z powrotem do Wielkiego Kanionu na podejście nr 2 do wschodu słońca, zatrzymując się tylko na obowiązkowe hamburgery w Seligman.
Wiedzieliśmy już, że przez pogodę i zmianę planów nie zdążymy zobaczyć Antelope Canyon (nawet gdybyśmy wykroili trochę czasu, to po deszczach i tak był jeszcze zamknięty), dlatego liczyliśmy, że pogoda tym razem okaże się dla nas łaskawa.

Kiedy wstaliśmy rano, nie do końca byliśmy pewni, czy nie skończy się jak ostatnim razem. Ze słońcem schowanym jeszcze za horyzontem ciężko było ocenić, czy mgła nie popsuje nam widoku... Na Yavapai Point, który upatrzyliśmy sobie jako najlepsze miejsce do wschodu słońca, była już grupka Chińczyków, którzy wyłaniające się zza skał słońce chwytali klatka po klatce, nie zauważając nawet, że najpiękniejszy widok rozpościera się dokładnie po przeciwnej stronie :) Było -18 stopni, trzaskający mróz sprawiał, że nawet naciskanie palcem spustu od aparatu było wyzwaniem, także z żalem zabraliśmy szybciutko nasze zmarznięte cztery litery na śniadanie do pobliskiej Yavapai Lodge, żeby nabrać sił na krótki trekking, który zaplanowaliśmy na przedpołudnie.







Warunki zimowe ograniczają nieco ilość dostępnych szlaków, np. droga na Desert View była zamknięta z powodu oblodzenia, także zdecydowaliśmy się na spacer wzdłuż Trail of Time, który latem przyciąga zapewne rzesze emerytów, a zimą był przyjemnie opustoszały :) Mniej więcej w 1/3 drogi z Yavapai Point do Verkamp`s Visitor Center znajduje się wysunięta nad kanion półka skalna, na której wychodzą fenomenalne zdjęcia.



Po powrocie do Mather Point zapakowaliśmy się do żółtej linii autobusu i pojechaliśmy do Yaki Point, który jednak nie umywał się do obfotografowanej przez nas półki skalnej, także tutaj skupiliśmy się na obserwowaniu innych turystów...




Z żalem opuszczaliśmy to magiczne miejsce, czując wielki niedosyt, a zarazem wielką radość, że jednak zdecydowaliśmy się tu wrócić przy lepszej pogodzie. 

A teraz czekała nas dłuuuuga jazda do Los Angeles...

Nasze noclegi (tutaj nie ma sensu podawać cen, bo różnica między sezonem, a "pozasezonem" jest tutaj tak wielka jak Wielki Kanion) i polecane miejsca:

1. Yavapai Lodge (Grand Canyon), zdecydowaliśmy się tu spać ze względu na bliskość punktu do oglądania wschodu słońca (hehe), pokój prosty, typowo motelowy, brak WIFI, które jest tylko w budynku głównym oddalonym o spory kawałek. Cena typowo za lokalizację, ale miła obsługa, kominek w budynku głównym.

2. Grand Canyon Inn (mniej więcej w połowie drogi od skrętu z Route 66 do Grand Canyon National Park), byliśmy tu późno, wstaliśmy przed wschodem słońca, poza sezonem była super niska cena, warunki typowo motelowe, nieco śmierdziało fajkami, mimo, że pokój na niepalących, wygodna oddzielna umywalka w pokoju.

3. The Venetian (Las Vegas) - jeśli fundusze Wam pozwalają, koniecznie spędźcie tam choć jedną noc, najbardziej wypasiony hotel w jakim kiedykolwiek byliśmy, tego nie da się opisać :) Jeśli nie będziecie tam nocować, nie ma problemu, bezpłatny parking jest ogromny, a wy możecie zwiedzać do woli część galeryjną i kasyno, karty pokojowe sprawdzane są tylko przy windach do części sypialnej.

4. The Stratosphere (Las Vegas) - tutaj prześladował nas pech, najpierw pokój brudny, potem śmierdzący fajkami, potem z powodu wiatru zamknęli huśtawkę na dachu (w sumie dla której się tu zatrzymaliśmy). Pokoje ogromne, ale jakby takie niedorobione - a może po Venetian, już nic by nam się nie spodobało? :)
Jedno jest pewne, można tu trafić naprawdę niską cenę...

5. Westside Lilo's Cafe (Seligman) - bardzo fajna knajpka, polecamy hamburgery, sałatkę tacos, w zasadzie chyba wszystko. Super amerykański klimat, mnóstwo tubylców i bardzo miła obsługa, mówiąca do nas per "honey". Porcje ogromne, ceny normalne, ani niskie ani bardzo wysokie, zresztą zerknijcie na menu: http://www.westsidelilos.com

6. Amazing Thai Restaurant (Las Vegas) Tak, tak, nazwa zobowiązuje :) Dobre smakowo i cenowo, skalę ostrości mają od 1-10, polecamy crispy duck i curry.



Za niektóre zdjęcia dziękujemy Marcie i Krzyśkowi! :*

Filmik z wyjazdu znajdziecie w sekcji Filmy :)

0 komentarze:

Masz pytanie? Napisz!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *